Maja Chwalińska napisała w Paryżu historię, jakiej jeszcze nie było – jako kwalifikantka awansowała do finału Roland Garros 2026 i została pierwszą w erze open tenisistką, która z eliminacji dotarła do meczu o tytuł na kortach im. Rolanda Garrosa.
24‑letnia Polka, mająca za sobą przerwę w karierze i otwartą walkę z depresją, w sobotę zagra na centralnym korcie z rozstawioną z numerem 8 Mirrą Andriejewą, a jej paryski marsz już teraz jest jednym z największych sukcesów w dziejach polskiego tenisa.
Maja Chwalińska napisała właśnie jedną z najpiękniejszych bajek w historii polskiego tenisa – jako kwalifikantka awansowała do finału Roland Garros 2026 i w sobotę zagra o tytuł na kortach im. Rolanda Garrosa. 24‑latka z Dąbrowej Górniczej, notowana przed turniejem na 114. miejscu w rankingu WTA, przeszła trzy rundy kwalifikacji i ma już na koncie osiem zwycięstw w Paryżu.
W półfinale Chwalińska pokonała Rosjankę Dianę Shnaider 7:6(4), 6:4, serwując kibicom prawdziwą ucztę tenisa na mączce. Polka wygrała mecz przede wszystkim taktyką: mieszanką dropszotów, skrótów, lobów, wypadów do siatki i żelaznej defensywy, którą rywalkę doprowadzała do frustracji. Teraz w finale czeka na nią 19‑letnia Mirra Andriejewa, jedna z największych wschodzących gwiazd światowego tenisa.
Droga Polki do finału to pełnokrwista historia „z kwalifikacji na szczyt”. Chwalińska do drabinki głównej przebijała się przez trzy rundy eliminacji, a w turnieju głównym odprawiła po kolei m.in. mistrzynię olimpijską Qinwen Zheng, Elise Mertens, Marię Sakkari, lokalną nadzieję Diane Parry, a w ćwierćfinale Annę Kalinską. Seria zwycięstw na paryskiej ziemi sprawiła, że stała się jednym z symboli tegorocznego Roland Garros – niespodzianką, o której mówi cały tenisowy świat.
Statystycznie to osiągnięcie historyczne. Chwalińska została pierwszą w historii Roland Garros kwalifikantką, która dotarła do finału singla kobiet w Erze Open, i dopiero drugą kwalifikantką w ogóle z finałem Wielkiego Szlema – obok Emmy Raducanu. Jest też jedną z zaledwie kilku kwalifikantek, którym udało się dojść do półfinału turnieju wielkoszlemowego, dołączając do tak głośnych nazwisk jak Alexandra Stevenson czy Nadia Podoroska.
Dopiero w tej edycji Polka zadebiutowała w głównej drabince Roland Garros, co tylko podkreśla skalę sensacji. Wcześniej miała na koncie zaledwie jedno zwycięstwo w głównych drabinkach Wielkich Szlemów – na Wimbledonie w 2022 roku. Teraz, w swoim pierwszym występie w głównym turnieju w Paryżu, zameldowała się od razu w finale.
Historia życiowa Chwalińskiej idealnie wpisuje się w narrację o sportowym odrodzeniu. Córka górnika z Dąbrowej Górniczej otwarcie mówiła o swojej walce z depresją, która w 2022 roku zmusiła ją do przerwy od tenisa i wycofania się z touru. Wróciła krok po kroku przez ITF‑y i turnieje rangi WTA 125, wygrywając m.in. imprezy w Florianópolis w 2024 i Montreux w 2025 roku, co pozwoliło jej przebić się do szerokiej czołówki.
Już jako juniorka sygnalizowała wielki talent – w 2017 roku razem z Igą Świątek dotarła do finału debla juniorek Australian Open. Potem długo pozostawała w cieniu znacznie szybciej eksplodującej gwiazdy Świątek, zbierając tytuły na poziomie ITF i WTA 125 oraz notując debiut w top 200 w 2019 roku. Teraz to jej nazwisko trafia na czołówki serwisów sportowych na całym świecie.
Sukces w Paryżu to także ogromny skok rankingowy i finansowy. Dzięki punktom zdobytym na Roland Garros Chwalińska zadebiutuje w elicie – według polskich statystyk zostanie dwunastą Polką w historii w top 100 WTA, a prognozy mówią nawet o okolicach 21. miejsca. Za sam awans do finału zainkasuje 1,4 miliona euro, czyli około 6 milionów złotych, co dla zawodniczki jeszcze niedawno odbudowującej karierę na mniejszych turniejach jest finansowym przełomem.
Triumf Polki ma też wymiar symboliczny w kontekście „polskiego Paryża”. Korty im. Rolanda Garrosa kojarzyliśmy dotąd przede wszystkim z epoką dominacji Igi Świątek, która wygrywała tutaj w latach 2020, 2022, 2023 i 2024, a w tym roku odpadła w IV rundzie. Teraz obok jej nazwiska dopisujemy Maję Chwalińską – tenisistkę o „vintage’owym” stylu gry, która z kwalifikacji dobrnęła aż do finału i już zapewniła sobie miejsce w historii polskiego i światowego tenisa, niezależnie od wyniku sobotniego meczu



