Udostępnij artykuł:

Ostatni krok przed fazą ligową Ligi Mistrzów będzie dla Bodo/Glimt, Sabah Baku i LASK prawdziwym testem charakteru – jedni bronią solidnej zaliczki, inni muszą odrabiać straty, żeby nie stracić marzeń o największych europejskich scenach.

Bodo/Glimt bliżej niż NEC

Bodo/Glimt pojechało do Nijmegen jak doświadczona europejska ekipa i zrobiło dokładnie to, co powinien zrobić faworyt – wygrało 3:1 na boisku NEC i przed rewanżem w Bodø jest o krok od drugiego z rzędu awansu do fazy ligowej Ligi Mistrzów. Norwegowie trafiali kolejno Sondre Brunstad Fet, Andreas Helmersen z rzutu karnego i Haitam Aleesami, przerywając serię Holendrów i odbierając im status niepokonanych w starciach z ekipami z Norwegii.

Forma Bodo/Glimt mówi sama za siebie – to zespół, który w eliminacjach szedł na wymianę ciosów z Union Saint-Gilloise, wygrywając dwumecz 6:5 po szalonych meczach 3:3 i 3:2, a w lidze norweskiej regularnie strzela po kilka goli, jak przy 4:0 z Lillestrom czy 3:0 z Sandefjord. NEC musiało iść zupełnie inną drogą: najpierw wytrzymało 0:0 w Pireusie, a potem ograło Olympiakos 2:1 u siebie, a w Eredivisie wywalczyło historyczne trzecie miejsce, które dało pierwszy start w eliminacjach Ligi Mistrzów.
Rewanż w Bodø to zderzenie dwóch filozofii – ofensywnego, odważnego Bodo/Glimt, które nie boi się wymiany ognia, oraz pragmatycznego NEC, które potrafi cierpliwie bronić i wyczekać swoje momenty. Norwegowie bronią dwubramkowej zaliczki i są zdecydowanym faworytem bukmacherów, ale Holendrzy mają świadomość, że nawet porażka i tak da im co najmniej pierwszy od 2008 roku udział w fazie grupowej europejskich rozgrywek – tym razem Ligi Europy, jeśli odpadną w Norwegii.

Sabah goni Hapoel Beer Szewa

W zupełnie innej sytuacji jest Sabah Baku, który w Bukareszcie prowadził z Hapoelem Beer Szewa już od 6. minuty po golu Veljko Simicia, ale ostatecznie przegrał 1:2 i do rewanżu w Baku przystąpi z jedną bramką straty. Izraelczycy odwrócili losy meczu trafieniami Javona Easta tuż przed przerwą i Igora Zlatanovicia w końcówce, dzięki czemu to oni są bliżej historycznego, pierwszego awansu do fazy ligowej Ligi Mistrzów.
Sabah jest w ogóle jednym z najciekawszych projektów w tej edycji kwalifikacji – Azerowie dopiero od kilku lat regularnie grają w Europie, a w tej kampanii eliminacyjnej przeszli już The New Saints (4:1 w dwumeczu), fińskie KuPS Kuopio (3:0) i duński Aarhus (5:2), wygrywając pięć z sześciu spotkań i cztery razy zachowując czyste konto. Hapoel z kolei zna smak rozczarowań – dwa razy odpadał w play-offach Champions League, najpierw z Celtikiem, potem z Mariborem, a w ostatnim sezonie europejskim zatrzymał się w kwalifikacjach Ligi Konferencji na AEK Ateny.
Rewanż w Baku to więc mecz o wszystko dla obu stron – zwycięzca zamelduje się w fazie ligowej Ligi Mistrzów, przegrany i tak dostanie pocieszenie w postaci Ligi Europy, ale zarówno w Izraelu, jak i w Azerbejdżanie nikt nie chce teraz myśleć o „planie B”. Sabah będzie liczył na gorącą atmosferę na stadionie im. Tofika Bahramowa i serię bramek Simicia, który trafiał w pięciu z sześciu meczów eliminacji, Hapoel zaś na doświadczenie w dwumeczach i umiejętność odrabiania strat, co pokazał już w pierwszym spotkaniu.

LASK szuka cudu, Celtic pilnuje przewagi

Celtic wysłał w Glasgow bardzo mocny sygnał – 3:0 z LASK w pierwszym meczu play-offów praktycznie ustawiło ten dwumecz, a gole Benjamina Nygrena i dublet Camilo Durána dały szkockim mistrzom komfortową przewagę przed wyjazdem do Linzu. Austriacy dwa razy trafiali do siatki w pierwszym spotkaniu, ale oba gole zostały anulowane, co tylko podkreśliło, jak niewiele marginesu błędu mają przed rewanżem u siebie.
Droga LASK do tego etapu była jednak imponująca – klub z Linzu zdobył pierwsze od 1965 roku mistrzostwo Austrii, dołożył do tego Puchar i jako podwójny mistrz wywalczył bezpośredni awans do play-offów. W ostatnich latach Austriacy regularnie meldowali się w fazach grupowych Ligi Europy i Ligi Konferencji, dochodząc nawet do 1/8 finału, ale awans do Ligi Mistrzów był dotąd tylko marzeniem.
Celtic z kolei ma z kwalifikacjami Ligi Mistrzów skomplikowaną relację – w poprzednich latach kilka razy odpadał w eliminacjach, m.in. z Midtjyllandem, Ferencvárosem czy Kairatem, a do fazy grupowej wracał głównie jako mistrz trafiający bezpośrednio do głównej drabinki. Teraz pod wodzą Martina O’Neilla szkocki gigant jest o krok od powrotu na europejski szczyt, ale w klubie mocno podkreślają, że 3:0 to nie jest wynik, przy którym można sobie pozwolić na rozluźnienie – szczególnie, że LASK u siebie potrafi grać agresywnie i przy wysokim pressingu.
Rewanż w Linzu zapowiada się więc jako klasyczne starcie „wszystko albo nic” – LASK musi szybko złapać kontakt, żeby rozgrzać trybuny i wciągnąć Celtic w nerwową wymianę, natomiast Szkoci będą chcieli możliwie szybko zamknąć temat golem wyjazdowym i skupić się już na planowaniu taktyki pod fazę ligową. Dla obu klubów to mecz o dziesiątki milionów euro i prestiż, ale też o symboliczne domknięcie własnych historii – dla LASK jako powrót na wielką scenę po dekadach przerwy, dla Celtiku jako zmazanie serii kwalifikacyjnych wpadek.

Najlepsze kursy na to spotkanie oferują zagraniczni bukmacherzy. Rabona kurs na to, że Celtic wygra obie połowy ustaliła na 6.40. Wysoko płaci również za to, że drużyna z Glasgow jako pierwsza strzeli bramkę. Kurs na to zdarzenie wynosi 2.25.

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *