Turniej Czterech Skoczni bywa dla Polaków brutalnym lustrem: nie wybacza jednego słabszego skoku, nie daje czasu na „łapanie czucia”, a narracje o formie potrafi zmienić w twardy bilans. W sezonie 2025/26 to lustro pokazało, że polska kadra nie ma dziś jednego, oczywistego lidera na miarę dawnych lat — ma za to kilka różnych historii, które ciągną reprezentację w różne strony.​

Punkt wyjścia: liczby z TCS i „kto był najwyżej”

W klasyfikacji generalnej TCS najlepszym z Polaków był Kacper Tomasiak – 12. miejsce, a za nim uplasowali się: Kamil Stoch (19.), Maciej Kot (25.), Paweł Wąsek (35.), Dawid Kubacki (43.) i Piotr Żyła (60.). Ten rozkład mówi sporo: z jednej strony mamy młodego zawodnika, który „dowiózł” cztery konkursy i został najwyżej, z drugiej – nazwiska, które jeszcze niedawno były synonimem podium, a dziś krążą w okolicach drugiej i trzeciej dziesiątki.​

PZN w swoim podsumowaniu podkreśla, że Tomasiak punktował solidnie w całym cyklu, a w pojedynczych konkursach potrafił wejść do top 10 (m.in. 8. miejsce w Garmisch-Partenkirchen), co w polskich realiach turniejowych jest w tym momencie „twardą walutą”. Stoch miał z kolei błysk w kwalifikacjach (PZN wskazuje jego 9. miejsce w kwalifikacjach w Ga-Pa), ale w samych konkursach brakowało regularności na poziomie ścisłej czołówki.

Lider kadry? Dziś są trzy różne odpowiedzi

Jeśli „lider” ma oznaczać najwyższe miejsce w TCS i najrówniejsze cztery występy, odpowiedź brzmi: Tomasiak. Jeśli „lider” to największa sportowa wiarygodność w trudnym momencie, ktoś kto wciąż potrafi dać impuls jedną serią i wziąć odpowiedzialność za drużynę – tu wiele osób intuicyjnie wskazuje Stocha, bo nawet gdy kręci się wokół drugiej dziesiątki, nadal jest punktem odniesienia dla całej kadry. A jeśli „lider” ma oznaczać zawodnika z największym potencjałem na regularne punkty PŚ tydzień w tydzień, to pytanie pozostaje otwarte, bo z danych turniejowych nie wychodzi jedna dominująca postać, tylko rozproszenie formy.​

I to jest najważniejsza narracja po TCS: Polacy mają przebłyski, ale brakuje im powtarzalności. W efekcie kibice dostają skrajne emocje — od pojedynczych bardzo dobrych skoków, po dni, w których do drugiej serii wchodzi jeden zawodnik albo nikt nie jest w stanie nawiązać walki z najlepszymi.

Thurnbichler i „to nie sprzęt”

W tle wraca jeszcze jedna, stała dyskusja: co jest głównym problemem kadry. Thomas Thurnbichler w cytatach przytaczanych przez media podkreślał, że nie widzi źródła kłopotów w sprzęcie i mówił wprost, że patrząc na to, czym dysponują, jest „w 100 procentach pewien”, że sprzęt pozwala walczyć z najlepszymi. To ważne, bo przesuwa ciężar odpowiedzialności na formę dnia, detale techniczne, psychikę i jakość wykonania na progu — czyli na elementy, które w TCS obnażają się najbardziej.

Thurnbichler dodawał też, że pozytywem są „dobre skoki, które się zdarzają” i deklarował wiarę w drużynę, bo zawodnicy pracują ciężko. Tyle że po TCS takie zdania działają jak miecz obosieczny: pokazują spokój sztabu, ale kibicom każą zapytać, dlaczego „dobre skoki” wciąż są wyjątkami, a nie normą.

Co dalej: mniej mitów, więcej konkretu

Po TCS liderem polskiej kadry jest ten, kto w kolejnym bloku Pucharu Świata zacznie regularnie dowozić dwie równe serie — a nie ten, kto ma największe nazwisko. Na dziś najbardziej „turniejowy” argument ma Tomasiak, Stoch pozostaje twarzą i punktem odniesienia, a reszta ekipy musi udowodnić, że potrafi wejść na poziom stabilnych top 15–20, zanim wrócą rozmowy o podium. I to właśnie jest uczciwa puenta po Czterech Skoczniach: Polacy nie szukają już lidera od wielkich słów — szukają lidera od powtarzalnych skoków.

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *